Wpisy z tagiem: Stulejka
piątek, 03 września 2010
Stulejka, podsumowanie.
Właśnie wróciłem z zabiegu zdjęcia szwów. Zabieg banalny, gdyby nie połączony z wizytą i oględzinami kutasa odpuścił bym go sobie. W domu też mam ostre nożyczki. Jednak ja nie o tym. Ponieważ dostałem kilka prywatnych pytań, od facetów z podobnymi problemami, odpowiadam tutaj: Czy warto iść na zabieg skoro taki bolesny? WARTO! Naprawdę. Nic tak dobrze nie robi facetowi na samopoczucie, jak sprawny i w 100% funkcjonalny kutas. Czy, wybrał bym się ponownie na zabieg, wiedząc co mnie czeka. TAK! Wytłumaczenie jak wyżej. Jakie są skutki uboczne zabiegu? ŻADNE. Poboli kilka dni i się zagoi. Mi zostało kilka blizn. Jeszcze nie wiem czy się nimi zajmę, czy też będę je z dumą prezentował. Co jest najgorsze w zabiegu? Sam zabieg jest nieprzyjemny. Chyba że załapiesz się na pełne znieczulenie. Rekonwalescencja jest nieprzyjemna. Ale da się znieść, jest sporo środków przeciwbólowych które spokojnie pomogą. Abstynencja jest denerwująca... Jednak sprawny kutas wart jest tych przykrości. ZDECYDOWANIE!
środa, 01 września 2010
Jestem głodny.
Zjadło by się! Takiego pieczonego kurczaczka, mogą być udka, albo pierożki. Moja mamuśka robi genialne pierogi. Sam nie wiem kiedy lepiej smakują. Zaraz po zgotowaniu na gorąco, czy też na drugi dzień, odsmażone. Albo taka pomidorówka... z ryżem... sama słodycz w ustach... fryteczki? Gołąbki! Popisowe danie moje ślubnej, choćby rosołek u mamusi. Nawet śląska z cebulką, wystarczy ją lekko ponacinać i przysmażyć na rumiano-chrupiący sposób. Mniam... ślinka mi cieknie na samą myśl o takiej wyżerce. Aż mnie skręca, jaki ja dziś jestem głodny! Co by tu można jeszcze skonsumować? No tak, kobiety brakło i teraz będzie przymierał głodem? Jak mu nie nagotuje to kaplica. Wystarczy że jej jeden dzień nie ma! Otóż nie. Lodówka pełna, półki uginają się od wszelakiego dobra. No tak, jak się jaśnie panu na talerz nie nałoży i pod nos nie podsunie to sam sobie nie poradzi? Nie... radzi sobie całkiem dobrze. Ba. Sam gotuje, że nie wspomnę o mojej grochóweczce na wędzące czy bigosie... mniam, palce lizać! To co jest grane? Ależ to proste! Jestem głodny, myślę o żarciu! O ŻARCIU, NIE O RUCHANIU! Leżąc w łóżku, dziś w nocy, zastanawiał się będę czy by przypadkiem nie sięgnąć do lodóweczki po jakiś ze specjałów. Co by tu... wędlinka? Suróweczka? A może kotlecika? Niech by tam i zupka w 3 minuty. Piękne prawda? I jakie odprężające! Ileż można myśleć o dupce żony, cycuszkach koleżanki Ani, o mojej młodej, i o wielu innych kobietach, że o KŻ nie wspomnę! Zdecydowanie bardziej odpowiada mi głód w trzewiach i ślinotok niż pełen wzwód i ochota na ciężkie ruchańsko. Do tego jedzenie jest dla mnie jak narkotyk. Im gorzej się czuje, im bardziej jest mi źle tym więcej bym jadł. A teraz nie czuję się najlepiej, i jakoś tak zrobiło się w domu pusto i samotnie. Nic tylko przysunąć się bliżej koryta i wioooo! Wpierdalać wszystko jak leci, aż nie zobaczę dna lodówki! Nie ma tak dobrze! Mój brzuch to jedno. Moja głowa, drugie. Nie dam się zwieść bebechom. Zbyt często im ulegałem. Ale to się zmieniło. Zresztą, nie po to wylewałem siódme poty na kravmadze, nie po to biegałem, jeździłem rowerem, pływałem i co tam jeszcze. Już po ostatnim błogim lenistwie widać odstający brzuszek. Wystarczyło kilka dni na utratę czujności. Nie wiem, jak to możliwe? No powiedzcie sami. Leżysz sobie na łóżku, stękasz że coś boli, zamykasz na chwilkę oczy, otwierasz je, patrzysz, a cóż to za dziwy? Dlaczego jestem w kuchni, przed otwarta lodówką i co do diabła robi te pół kiełbasy w mojej ręce? O, a te drugie pół to właśnie kończę przełykać? Przecież co dopiero zamknąłem oczy... Dziwne prawda? To nic, pobiadolę troszkę i pójdę spać. Ostatecznie, od wieków wiadomo że lepiej trochę nie dojeść niż zjeść za dużo. Więc nie jem. Przynajmniej nie tyle ile chciał by uzyskać mój brzuch! Za to od wtorku wracam na kravmagę! Znaczy się, jak już wrócę z treningu, to będę stękał, że wszystko mnie boli. Ileż można stękać o tym ze jest się godnym? Zawsze to jakaś odmiana...
sobota, 28 sierpnia 2010
Wszędzie ta okropna pornografia
Mam teraz bardzo wrażliwy i wyczulony przyrząd, pomagający mi określić, co w telewizji jest pornografią a co nie. Obolały kutas działa jak solidny spławik wędkarza, nieomylnie dając mi znać, że to co oglądam ocieka seksem. Nawet wtedy, gdy na ekranie zapierdalają słodkie elfiki, na tle zielonej łąki, pełnej ślicznych kwiatków. Mój mózg daje się oszukać tej sielance. Za to kutas, zdecydowanie nie! Prosty przykład. Taka sobie reklama jogurtu. Co może być w nim seksualnego? Sam nie wiem, za to mój kutas sterczy boleśnie, ała, nawet bardzo, (na całe szczęście, mam niewyczerpane zapasy lodu w woreczkach, które przynoszą chwilową ulgę schładzając instrument). Więc cóż tam takiego? No tak, piękna dziewczyna lubieżnie oblizująca łyżeczkę, a na tejże resztki białego jogurtu. Że też wcześniej na to nie wpadłem. Żebyś nie wpierdzieliła tej łyżeczki! Jak ona ją lubieżnie ssie! Nie piszę o takich oczywistościach jak reklama nestee czy reeboka. Tam przynajmniej wiadomo do początku, czemu antena rośnie gwałtownie w spodniach. To jednak pikuś przy tym, co dziś przeżyłem w pobliskim supermarkecie. Gdzie ja wcześniej miałem oczy? Kiedyś nie zauważałem nawet połowy tego co dziś. Co widziałem? Nagość, gołe dupy, gołe cycki, lub ledwie zasłonięte. Jak babcię kocham. Gdybym był talibem, to wyciągnął bym mojego kałacha z szafy i zaczął strzelać... Czysta rozpusta, panie, czysta, wstydu za grosz nie mają! Co tam wstydu, litości nie mają! Żadnej z was pięknisie, nie przyszło do głowy, kiedy szykowałyście się na zakupy, że może być tam facet z uszkodzonym kutasem? Ciężko było na plecy założyć jakieś zgrzebło, co? Musi być przezroczysta firanka? Na cycki jedna a na dupę druga? Jak wy to sobie wyobrażanie, że będę ten pierdzielony lód na środku sklepu sobie aplikował!? Nawet ślubna zauważyła moją nadpobudliwość. Uśmiałem się z jej komentarza, gdy przechodząc koło kolejnej niemal nagiej paniusi powiedziała: "Co, już zapuściłeś żurawia w jej cycki?" Tak po prawdzie, to nic nie musiałem zapuszczać. Cycki same wypadały z objęć sukienki. I były zajebiście fajne! Pomyśleć, że jestem tylko na tygodniowym odwyku, fakt, odwyk absolutny, żadnych ćwiczeń osobistych, żadnych ćwiczeń w parze z żoną. Tak po prawdzie, to jest to bardziej męczące, niż te cholerne powrozy uczepione do mojego kutasa. A teraz rodzynek na koniec. Żona jedzie z synem do sanatorium 31 sierpnia i zostaje tam przez całe trzy tygodnie. Zdjęcie powrozów mam umówione na 3 września. Życie potrafi być okrutne, nie będzie w pobliżu kobiecej rączki, cipeczki czy usteczek, żeby pogłaskać, przytulić jak już się uwolnię. No ok, może i by się damska rączusia (a może i więcej niż rączusia) znalazła ale zaczekam. Ciekaw jestem jak to będzie, po tak długiej przerwie znowu poczuć kobietę. Moją kobietę! Tylko żeby mi się nie zbiesiła czasem, lub jakieś inne farmazony żeby jej do głowy nie wpadły po powrocie, bo mnie własna sperma zabije! A jak nie będzie zajebistego ruchańska to trudno. Wtedy na poważnie poszukam sobie zastępstwa! Puki co, mrożę lód i omijam spoty reklamowe szerokim łukiem. Po co mój kutas ma stawać nadaremno, szarpiąc się i krwawiąc. Lepiej niech odpoczywa w spokoju, czekając na swoją wielką chwilę. To już za niecały miesiąc! Krzysiekzsympatii. Ps. Tak sobie poczytałem na jednym z blogów. Temat jak temat, za to w komentarzach, pojawiło się stwierdzenie: "żona zapasowa". Jak zapasowe koło w samochodzie. Wyciągasz i masz. Jak dla mnie teraz, to nawet fajna sprawa. Tylko gdzie tu taką można by kupić, lub wynająć na jakieś trzy tygodnie? Oj... gdzie ten lód...
czwartek, 19 sierpnia 2010
Stulejka
Problem pojawił się jakieś pół roku temu. Po szalonym seksie zauważyłem że pękło w dosyć bolesny sposób wędzidełko . Ranka na kutasie goiła się kilka dni po czym zapomniałem o problemie aż do... następnego razu. Nie każdy seks kończył się boleśnie, z uszkodzonym kutaskiem, ale niestety zdarzało mi się to od czasu do czasu. Tak powoli i niezauważenie rósł problem, którego nie zauważałem. Pewnego dnia po prostu zdziwiłem się, że nie mogę ściągnąć napletka w wzwodzie. Z początku była to drobnostka "techniczna", niestety proces postępował coraz szybciej, tak że w końcu seks bez solidnego nawilżenia i prezerwatywy nie wchodził w rachubę. Koniec końców zdecydowałem się na wizytę u lekarza. Diagnoza: lekka stulejka i za krótkie wędzidełko. Otrzymałem skierowanie do szpitala. Moje perypetie opisywałem Wam w którymś z poprzednich wpisów. Dziś jestem już po zabiegu w domku. Jak było? A no było tak: Przyszedłem na umówioną godzinę do szpitala, tam przeszedłem przez machinę biurokratyczną, po której wylądowałem na oddziale. Otrzymałem gustowny firmowy szlafroczek, z zaleceniem żeby się rozebrać do rosołu, pozostając w owym szlafroczku, co też uczyniłem. Po kilkunastu minutach oczekiwania przyszła pielęgniarka. Idziemy na blok operacyjny! Lekka palpitacja serca i ściśnięte gardło. Idziemy. Na bloku przechwytują mnie dwie piguły. Proszę się położyć na łóżku! Kładę się więc a one wiozą mnie na salę operacyjną. Scena jak z filmu i takież skojarzenia. Widzisz sufit i migające na nim lampy... Docieramy na miejsce. Po drodze otrzymałem gustowny czepek. Mam się przesiąść na stół operacyjny. Serce pod gardłem. Znowu widok na sufit. Tutaj nad moją głową dwie wielkie lampy... Po sali krzątają się kolejne dwie piguły. Jedna umyła rączki, założyła fartuch, druga nakryła mnie fartuchem i... podłączyła do jakiejś dziwnej aparatury. Podłączenie było problemowe, z racji tego że jestem zarośnięty od palców u nóg po czubek głowy. No może nie przypominam szympansa, jednak włosia ci u mnie dostatek. Pani, po oględzinach zaproponowała mi ogolenie łydki, pomijając moją sugestię że przecież może mi tą elektrodę podłączyć do czoła, ostatecznie przystałem na golenie, raz, że nie dyskutuje się z kobietą uzbrojoną w skalpel, dwa, podłączana elektroda nasączona była mazidłem, które przy zerwaniu dokonało by depilacji... Jestem nieźle spanikowany. Zastanawiam się nad ucieczką. Ostatecznie jednak strach paraliżuje mnie na tyle, że pozostaję na stole. Przychodzi chirurg. Szybka wymiana zdań z pigułami, ceremoniał z fartuchem, rękawiczkami i już jest przy mnie. - Proszę uważać bo.... - AAAAAUUUUuuuuu! Zaboli, kontynuuje lekarz, - Auuuu miałknąłem po raz kolejny. - No musimy tak w cztery miejsca. Chryste, po co ja głupi, trzeba było ruchać w gumie! AUUUU, zastrzyk prosto we wzgórek łonowy, masakra! Ciśnienie skacze w zawrotnym tempie, ciężko oddycham, zacisnąłem pięści. Lekarz sprawdza skalpelem czy czuję. KURWA! CZUJĘ !!! A to jeszcze chwilkę poczekamy, po czym dwa oddechy dalej zabiera się do krojenia małego! Mimo znieczulenia doznania były wyjątkowo nieprzyjemne. Co się dziwić. Najbardziej czuły męski punkt. Lekarz dowcipniś: - Krwawi pan jak kobieta w miesiączce... - Panie doktorze, odzywam się, bardzo pana proszę, jak mnie pan tam kroi, to niech pan jaja omija, mimo wszystko chciałby zostać facetem... Krew sika szerokim strumieniem, lekarz dopytuje się o nadciśnienie, generalnie nie mam nadciśnienia, teraz mi skoczyło, po tych pierdolonych zastrzykach! OK. Krwawienie zatamowane. Plastyka wędzidełka, igła wchodzi w żołądź, AUUUuuuu, matko i ojcze i wszyscy święci, tak powinno boleć przy znieczuleniu? I jeszcze raz i jeszcze, za jakie grzechy, przysięgam, wypuście mnie! Żadnej cipy przez rok nie dotknę! AAAUUuuu, znowu... - To pana boli? Pyta piguła. KURWA MAĆ! TAK! Nawet mocno! To damy jeszcze... - Aaaaauuuuuu! znieczulenie. Czuje kolejne ukłucia i szarpnięcia, tym razem nie są już tak bolesne, choć wysoce nieprzyjemne i niekomfortowe. - No to ma pan teraz dwa centymetry dłuższego, zagaduje lekarz. - Panie doktorze, wypaliłem bez zastanowienia, żona się zapewne ucieszy, tylko, jak to wszystko tak boli, to niech pan z łaski swojej dołoży nie dwa a dwadzieścia! - Lekach uchachany, piguła też, ucieszona komentuje, oj patrz pan, panie doktorze, dwadzieścia, wszyscy faceci są tacy sami! Zabieg trwał w sumie około 40min. Już jestem po. Przy wyjściu lekarz stwierdza, teraz miesiąc abstynencji! - Miesiąc !? Panie doktorze, teraz mi pan to mówi? Zamiast przed zabiegiem? To gorsze niż sama operacja! Jak ja to zniosę? Wyjeżdżając z sali słyszę rechot piguł. Kutas ciasno zawinięty w opatrunek. Obolały fizycznie i psychicznie. Leżę na korytarzu przy wyjściu z bloku operacyjnego. Po chwili przychodzi piguła z wózkiem, jedziemy na oddział. Na oddziale kładę się na łóżko. Po jaki chuj(?!) mi to było potrzebne, myślę. No ale to dopiero początek. Jestem po zabiegu, przede mną nawet dwa tygodnie dochodzenia do siebie i miesiąc (!) bez seksu. Jak można faceta szybko jednym ruchem skalpela uspokoić. Żadnych pasów cnoty i tym podobnych, myślę. Przede mną pojawia się nowe wyzwanie. Chce mi się siku. Fiut doskwiera coraz bardziej, opatrunek uciska, znieczulenie przestaje działać a tu jeszcze, do kurwej nędzy, na szczańsko mi się zbiera! Co robić. Zwlekam się z łóżka i człapię do toalety. Zwisam nad pisuarem, leć, zaklinam, leć, no dalej, proszę, przecież czuje że mi się chce, no maleńki, parę kropelek, postaraj się. Kutas odmawia współpracy, ani prośbą, ani groźbą. Chyba ze dwadzieścia minut wyciskałem to z siebie. w końcu ulga, wszystko wyleciało. Ostatecznie po dalszej godzinie medytacji i wylegiwania się na szpitalnym łóżku, dostaję do łapki komplet dokumentów i życzenie szerokiej drogi. Wypisany kuśtykam do wyjścia. Już noc. Dzień szybko zleciał. Pomógł ketanol. Kutas pobolewa ale da się to znieść. Teraz kilka dni na zagojenie ran. Pierwsza noc, w nocy jak to w nocy, kutasek lubi pohasać, a nocne wzwody są w moim obecnym stanie jak najbardziej nie wskazane. Trzeba fiuta w gorsecik zapakować, więc pakuję, kilka warstw gazy oraz dodatkowych plastrów. Żebyś mi głowy nie wychylił aż do rana, grożę! Pytanie czy posłucha...
poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Uzdrawiająca siła głosu.
Wróciłem z wycieczki. Do szpitala. Idę na zabieg pod koniec przyszłego miesiąca. Jak wszystko dobrze pójdzie to załatwią mnie w jeden dzień. A to było tak: Najpierw byłem u mojej lekarki rodzinnej, opowiedziałem jej co mnie boli, podyskutowaliśmy, dostałem skierowanie do specjalisty. Oczywiście żeby dostać się do lekarza rodzinnego należało się najpierw zarejestrować a później odstać swoje w kolejce. Dołuje mnie przychodnia do której należę. Rozpierdzielone drzwi, ogromne puste pomieszczenia, stare poniemieckie budownictwo. Siedząc w poczekalni wysłuchuję całego wywiadu, który prowadzi lekarka z ludźmi przede mną. Ratunkiem jest telefon ze słuchawkami i głośno puszczona muzyka. Dobra moja kolej. Teraz niech ktoś, kto przyszedł po mnie, posłucha trochę o moich problemach. Ceremoniał odbębniony, czas na specjalistę, bo i czego można spodziewać się po lekarzu pierwszego kontaktu? Tu sytuacja identyczna, z tym, że trudniej znaleźć wolny termin, specjalistę, umówić się na wizytę. Pani w słuchawce pyta mnie; "a w jakim celu pan chce się umówić?" Odpowiadam: "wie pani co, jestem w pracy, nie chcę opowiadać kolegom o moich problemach zdrowotnych..." Zrozumiała. No i w końcu się udało. Siedzę na poczekalni, telefon w pogotowiu, na szczęście tu drzwi są solidniejsze. Wchodzę, lekarz specjalista, całkiem sympatyczny facet. Pogadaliśmy, opowiedziałem mu o tym co mnie boli, obejrzał mnie wnikliwie, tak, potrzebne jest skierowanie do szpitala. Tylko gdzie by tu wysłać? Konsultuje się z panią pielęgniarką wypisującą skierowania. No to mamy problem. Ja mu nie pomogę. Pomyślał, pomyślał i napisał. Dzwonię do szpitala, tak, zarejestrować się, rozumiem, proszę przyjść tu i tu. Przychodzę. Gdzie jest ten gabinet? Popytałem, poszukałem, OK jest. Znowu kolejka, wchodzę, panie aby przyspieszyć pracę przyjmują na raz dwóch petentów, pani obok ma .... tak.... już wiem, co jej dolega, pora opowiedzieć o moich dolegliwościach. No to opowiadam. Pani sekretarka wsłuchuje się w historię mojej choroby... Takie leczenie głosem, im więcej osób się dowie, tym szybciej pozbędę się problemu. Zapewne... Więc jednak źle trafiłem. To nie tu z takimi dolegliwościami, lekarz źle wypisał skierowanie, więc pytam - to gdzie? A to proszę tu w drugie miejsce... Idę tam, i zaczynam opowiadać. Kolejna sekretarka wsłuchuje się w moje problemy: "no tak, dobrze trafił, proszę dwa pokoje dalej, do pielęgniarek podejdzie, ustalić termin zabiegu, no i musi do tego lekarza, niech skierowanie poprawi." Jestem u pielęgniarki. Miła, sympatyczna, pachnie fiołkami a nie szpitalem, nie jest młoda, raczej w średnim wieku, zapewne moja rówieśnica, piękna kobieta w białym kitlu. Pięknie się uśmiecha. Pierwszy uśmiech jaki zobaczyłem u kogoś w tej instytucji, opowiadam o moich problemach.... OK, termin ustalony, też się uśmiecham, dziękuję za pomoc... w głowie myśl, ciekawe czy zobaczę ją gdy tu wrócę? Teraz muszę się udać do specjalisty ale to już nie dzisiaj. Wystarczy tego łażenia po mieście. |
Archiwum
Zakładki:
Tagi
|