Wpisy z tagiem: Grzybobranie

niedziela, 05 września 2010
Grzybobranie oraz inne przypadki.
Piątkowe leniwe popołudnie, wracam do domku po zakupach. Dzwoni ojciec.
Co zamierzam robić w sobotę rano? Nie wiem, nie mam planów. Więc on mi ten czas już zaplanował. Idę z nim, z moim bratem i bratową na grzyby!
Czemu nie.
Uwielbiam zbierać grzyby.

Jak już wejdę do lasu, to przepadam, ginę, całkiem się w nim zatracam. Mogę łazić całymi godzinami. Czasem się nie da, bo koszyk zapełnia się zbyt szybko i trzeba wracać. A szkoda, bo las działa na mnie jak balsam, koi nerwy, uspokaja. Szum drzew, kołysanych leniwym powiewem wiatru i skrzypienie igliwia, zapach rosy zebranej na gałęziach o poranku, zapach lasu osnutego mgłą, spowitego półmrokiem, zaczarowana kraina cieni, odkrywana przez pierwszy poranny promyk słońca. Trzeba tam być o tej porze, i to poczuć, by zrozumieć jakie to miejsce jest magiczne.

Ucieszyła mnie ta perspektywa, pobudka o 5 rano i wyjazd. Od razu nastawiam budzenie, żeby nie zapomnieć, żeby wyjazd mnie nie ominął.

Pusty dom wita mnie chłodem. Rano odprowadziłem pieska do rodziców, wiedząc że wrócę później. Trzeba ogarnąć cały tydzień, trochę posprzątać, później usiąść z kawą i zastanowić się nad sensownym spędzeniem wieczoru.
Dzwoni Pietrek.
- Słyszałem ze jesteś sam?
- No dobrze słyszałeś, jestem.
- Znaczy się "chata wolna" ?
- Niby tak, czemu pytasz, powiedz co Ci chodzi po głowie?
- Jak to co, przychodzę z flaszką! Cieszysz się?
- Co mam się nie cieszyć.

Pioter to niezły aparat. I dobry kumpel. Obecnie też sam. Rozszedł się ze swoją kobietą po dziesięciu latach bycia razem, czym zaskoczył całe towarzystwo. Jestem ciekaw, co go do tego skłoniło, na pewno nie omieszkam zapytać.

Jakiś czas później pijemy.
- Co się z wami stało? Zapytuję.
- Spierdoliło się, odpowiada Pioter, wiesz, okazało się że nic nas nie łączy, nie mieliśmy ślubu, dzieci, jakiś czas temu zamieszkaliśmy razem, to było ciężkie przeżycie.
Potakuje w milczeniu, polewając następną kolejkę.
- Okazało się, że to całe nasze chodzenie o kant dupy potłuc. Co innego trzymać się za rączkę raz na dwa dni, co innego mieszkać razem. Całkowicie do siebie nie pasowaliśmy. Inne cele w życiu, inne pomysły na jego realizację, inne oczekiwania. W końcu daliśmy sobie na luz. Oboje mamy jeszcze szansę poukładać sobie życie od nowa, więc nie było sensu ciągnąc tego dalej.

- Widzisz, powiadam, jesteś szczęściarz. Nikogo nie skrzywdziłeś, nic nie jesteś nikomu winien, zaczniesz od nowa, nie to co ja.

Teraz moja kolej wylewania żali, przełykam z trudem alkochol. Jakoś zawsze ciężko mi na początku. Uff, w końcu się przemogłem. Następna kolejka wchodzi już lżej.
- Siedzę w domu jak ta pizda, nie mogę nigdzie ze ślubną wyjść, jej się nie chce a mnie nosi. Ostatnio chciałem iść z nią na koncert.
- I co? Pyta Pietrek.
- I dupa, odpowiadam. Musiał bym ją ciągnąć końmi na ten koncert, a jak bym zluzował powrozy na miejscu, to by się  odwróciła i poleciała, z powrotem do domu.
- Bo to ty dupa jesteś, stwierdza Piter, zero logistyki stary, jak ty w robocie sobie dajesz radę, kpi.
- No to wymyśl, jak taki mądry jesteś, co zrobić?
- Jak to kurwa co, trzeba było jej z roboty nie odbierać! Do domu nie wieźć, do chałupy nie wpuszczać. Jak byś wieczorem zabrał babsko z biura, to by się ucieszyło! I wtedy na koncert! Jej już i tak było by wszystko jedno gdzie! Byle daleko od roboty!

Geniusz! Czemu ja na to sam nie wpadłem. Że też dopiero kumpel przy wódce mi musiał wytłumaczyć...

Pijemy, tempo nie jest zbyt żywe, nigdzie nam się nie speszy. Pijemy i gadamy. Siedzieliśmy do drugiej w nocy. O drugiej Pieter stwierdził że musi do domu. Idzie i już. Nie zatrzymasz go, jak coś sobie do tej głupiej głowy wbije.

Kładę się do wyra. Świat kręci się pod zamkniętymi powiekami.
Nagle eksplozja! Zadzwonił budzik. Że też kurwa musiałem go wczoraj nastawić. Wstaje chwiejnym krokiem. Już piąta?

Droga na osiedle do rodziców zeszła mi całkiem żwawo. Pomaga mi przejmujący ziąb i ciemności. Dobrze że nic nie świeci, nic nie hałasuje, bo pierdolca bym dostał. Łeb ciężki, obolały, napierdziela falami.

Ojciec od razu zauważył mój stan.
- Jesteś pewien ze chcesz iść z nami do lasu? Nikt cię tam pilnować nie będzie! Może lepiej połóż się do łóżka i śpij?
- Sam się będę pilnował, burknąłem. Idę z wami...

Sekundę później zatrzymujemy się w lesie. Jak to możliwe? Brachol ma sposób na teleportację?
- Pobudka synu! Dojechaliśmy!
- Oj tato plizz, nie potrząsaj mną, już się obudziłem!

Wchodzimy do lasu.
Pierwsza myśl. Co tu kurwa tak ciemno, gdzie ten pierdolony włącznik? Światło proszę!
Myśl druga. Co za kutas tak blisko siebie, te wszystkie drzewa posadził! Zabije się, jak pragnę zdrowia, przecież co krok to napierdalam głową w kolejne drzewo! I gdzie się podziały wszystkie grzyby? Brachol radośnie ogłasza znalezienie kolejnego prawdziwka. Głośnym "dzyń, dzyń". W dupę mać! Wkurwia mnie to jego "dzynienie".
Idę, skupiam wzrok na jednym punkcie. Nie dam rady. Dobrze że jest zimno, ono powoli przywraca mnie do życia.
Nagle JEST, przed moimi nogami pojawia się znajomy kapelusz! "Dryń, kurwa, dryń", ogłaszam! Znalazłem! Grzyba!
Łoooo... dziwi się brat. W takim stanie prawdziwego znalazł. Dobry jest, słyszę jego komentarz, pewnie że jestem dobry! Tylko co mi z tego. Żebym tak umiał znaleźć pełną butelkę. Najlepiej wody. No dobra, wybrzydzać nie będę, czegokolwiek płynnego. PIĆ..., PIĆ..., PIĆ MI SIĘ CHCE!!!!! Jak mam się cieszyć z łażenia po lesie, zaraz umrę z pragnienia... litości...
Środek lasu to nie deptak,, nie ma tu sklepu z napojami.
Żeby tak chociaż kałuża...

Ojciec przewidujący, po drodze kupił całego pepsiaka... kochany staruszek!

Teraz kochani, ogłaszam, teraz wam pokażę, jak się w lesie grzyby zbiera!

Na skupie się okazało, że jednak brachol był lepszy. Dwa razy lepszy!
Nic to. I tak było fajnie.
No a w niedzielę powtórka!