Popieprzona telewizja.
Nazwa dania "Zbójecka patelnia" brzmiała całkiem smacznie.
Pamiętałem odwiedziny tego lokalu (a było to dokładnie dwa lata temu), kiedy to po raz pierwszy (i ostatni) posmakowałem owego specjału. Dzisiejsza wizyta była ściśle związana z tym daniem. Tylko to skłoniło mnie, by przekonać resztę towarzystwa do mojego wyboru.
Pierwsze wrażenie było w sumie pozytywne. Nic, lub prawie nic się w knajpie z wyglądu się nie zmieniło. No, może tylko pani z obsługi. Raczej na pewno ta pani. Poza tym, nie była ubrana w strój "ludowy". Reszta się zgadzała. Usiedliśmy, pani podała kartę dań. Zaczęło się wertowanie kartek.
I to był pierwszy błąd.
Należało zamówić co mieliśmy do zamówienia, i tyle. No ale licho podkusiło. Grube tomisko imponowało. Tyle potraw, każda z kartek zawierała inne specjały...
Niestety, całkiem niedawno oglądałem w pewnej telewizji program o tym, co też się dzieje w różnego rodzaju knajpach, jak działa kuchnia i obsługa, na co zwracać uwagę przy zamawianiu. Bogatszy o tą wiedzę, ze zgrozą zauważyłem, że jadłospis ów, odpowiadał idealnie opisowi knajp typu: "Uciekaj stąd gdzie pieprz rośnie".
Cóż... pomyślałem, "ostatnio" było tak smacznie...
Drugim sygnałem by uciekać, który zignorowałem, była jakość obsługi. Pani obsługująca, sama jedna, nie ogarniała ogromu lokalu. No może troszkę, jednak upłynęło naprawdę sporo czasu, zanim pojawiła się przy naszym stoliku, odebrać zamówienie. Kolega nieśmiało zauważył, że kiedy byliśmy tu "ostatnim" razem, przed złożeniem zamówienia można było spróbować chlebka ze smalcem... Pani z obsługi całkiem szczerze przyznała, że i owszem, nadal można skosztować, tyle że ona jedna nie bardzo wyrabia się z obowiązkami, no ale zaraz chlebek dostarczy, co też chwilę później nastąpiło.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że od momentu złożenia zamówienia, do chwili pojawienia się zamawianego jedzonka, zdołało upłynąć zaledwie kilka minutek...
To dopiero była porażka!
Na zatytułowanej w karcie dań patelni, zobaczyłem białą breję, soczyście zlaną brązowym płynem. Poprzez dedukcję doszedłem do wniosku, że jest to coś, co powinno być ziemiankami. Tyle że ostatnim razem, ziemniaki nie były tłuczone z sosem. Dał bym sobie język uciąć, że były to pięknie zarumienione półksiężyce pieczone w chrupiącej panierce.
Jeszcze gorzej sprawa przedstawiała się z podanym mięsem. Trzy kawałki. Każdy inny. Coś co kiedyś było żeberkiem, kawałek zapewne podsmażonej karkówki i coś co przypominało bitkę z piersi kurczaka, tyle że na wpół zwinięte.
OHYDA!
Pierwsze wrażenie było takie, że mój obiad jadło przede mną przynajmniej kilka osób. Ktoś kto nie dokończył żeberek, karkówki i zostawił na talerzu kawałek niedojedzonej rolady, teraz zręcznie okrojonej. Do tego breja z ziemniaków...
Przysięgam!
Zawsze śmieszyły mnie programy pani Magdy G, kiedy to z grymasem na ustach, w niezbyt wyszukany sposób komentowała podsuwane jej potrawy. Myślałem sobie: "Babo, ależ wydziwiasz, tylu przed tobą jadło i się nie otruło. Ba, iluż zjadło ze smakiem, a ty grymasisz!"
Teraz muszę jej oddać sprawiedliwość. Jeśli to smakowało i wyglądało jak mój dzisiejszy obiad to... zwracam honor!
Popatrzyłem smętnie na patelkę, skubnąłem niedogotowanych żeberek i odsunąłem wszystko od siebie z obrzydzeniem.
A wszystko przez tą popieprzoną telewizję!
Gdyby nie programy mówiące o różnych zawodach, w których ludzie, jak to ludzie, kombinują by wyjść na swoje, nigdy w mojej główce nie zrodziło by się podejrzenie, że kucharz oszczędził na moim daniu, klecąc je z kilku innych. Pewnie poprosił bym o zmianę potrawy, przynajmniej jej części i tyle! Teraz jednak wiem, że obsługa potrafi się za to zemścić, dodając coś "ekstra" od siebie i lepiej dać sobie spokój z reklamacjami. A tak? Zajadał bym ze smakiem "poprawione" żarełko, i nawet przez myśl by mi nie przeszło, że takie coś jest możliwe!
I po co mi to było?
Zaprawdę powiadam Wam. Ignorancja i niewiedza są błogosławione...
