Wpisy z tagiem: odchudzanie

czwartek, 18 listopada 2010
Narobiłem sobie bigosu.

Sobotnim wieczorem.
Taki jaki lubię najbardziej, kiszona kapusta, słodka kapusta, grzyby, kilka rodzajów mięsa.

Gotowałem do późna. Niestety, brakło mi cierpliwości i chęci spędzenia przy garnku jeszcze godziny. Poszedłem spać, z postanowieniem, że dokończę gotowanie rano.
I to był błąd.
Bo rano, pomimo ciągłego mieszania kapusty i niewielkiego ognia w palniku, bigos się przypalił. Niewiele, szybko przełożyłem go do drugiego gara. Niestety, czuć było lekki swądek spalenizny.

Wczoraj po obiadku wpadłem na genialny pomysł, żeby zaprawić bigos pewną mieszanką zupo-podobną firmy "W". Pomyślałem, że intensywny zapach owej mieszanki, skutecznie przytłumi woń spalenizny.

Jak pomyślałem tak zrobiłem. Zaprawa podziałała, w pewnym stopniu, całkiem nie udało się usunąć zapaszku, jednak nie jest już aż tak intensywny.

Niestety podczas pichcenia pozwoliłem sobie na częstą degustację, co doprowadziło do katastrofalnego rozdęcia brzucha.
Fatalnie się poczułem, zrobiło mi się niedobrze. Kilka dni ścisłej diety mocno przykurczyło żołądek, a tu takie obżarstwo.

Co było robić... powiedziałem żonie że idę z psem na spacer (było już ciemno), bo strasznie się dopomina wyjścia. Żona okrutnie cierpiąca wczoraj na ból głowy, nie przyuważyła że to nieprawda. A ja cichutko poleciałem za garaże, w ustronny kącik, po czym sobie ulżyłem. Starym sposobem, przy pomocy dwóch paluszków prawej rączki.

Po dokonaniu zabiegu poczułem się znacznie lepiej na ciele, i znacznie gorzej na umyśle. Mówiąc szczerze poczułem się jak skończony debil. Mam tylko nadzieję ze nikt mnie nie przyuważył...

Jak pomyślę o moim wczorajszym "wyczynie" to jeszcze mną wstrząsa. Nie prościej było ograniczyć degustację? Prościej, prościej, szkoda tylko że wcześniej na to nie wpadłem.

11:05, krzysiekzsympatii
Link Komentarze (4) »
wtorek, 02 listopada 2010
Jak coś robić, to dobrze.

Moje odchudzanie wkroczyło w trzeci tydzień.

Po dwóch pierwszych, lekkich łatwych i przyjemnych, w trakcie których poleciałem o dwa oczka w pasku od spodni, przyszedł ten trzeci, w szczególności ostatni weekend, po którym z niepokojem zauważyłem powrót, o jedno oczko w górę. Co to, to nie. Tak moje brzuszysko ze mną zabawiać się nie będzie! Najwyraźniej potrzebuję radykalnych rozwiązać, bo półśrodki nie działają. Z tego powodu zamierzam zrezygnować z wszelkich pokarmów i posiłków po drugim śniadaniu w pracy.

W domku zjem śniadanko, do pracy zabiorę jakieś warzywko lub owoc i tyle.

Zamierzam tak przypościć przynajmniej przez najbliższe dwa tygodnie. Chodzi mi o to, by obkurczył się nieco żołądek. Mam nadzieję, że takie radykalne rozwiązanie definitywnie zakończy huśtawkę tracenia i przybierania wagi, na jej definitywny spadek. Ja wiem, że to nie jest zbyt mądre i zdrowe, tylko że w moim przypadku samo ograniczenie nie wystarcza. Organizm szybko przystosował się do zmniejszonych racji, tak że pomimo wysiłku i ćwiczeń brak jest jakichkolwiek oznak chudnięcia, no może poza uczuciem lekkiego niedosytu, który zaczął mi towarzyszyć. Myślę, że zastąpienie go zwykłym uczuciem głodu wielkiej różnicy mi nie zrobi, a być może uda mi się przełamać barierę ochronną, jaką organizm zbudował, walcząc z niedojadaniem.

Z nowym pomysłem wystartowałem dzisiaj. Jak dobrze pójdzie to powrócę do małych porcji jedzonych 5x dziennie w okolicy 15stego listopada, chyba że metoda mi się spodoba, wtedy pociągnę ją dłużej.


21:35, krzysiekzsympatii
Link Komentarze (4) »
piątek, 22 października 2010
Żet-eM

Z francuska, brzmi znajomo?
A nie, to nie jest to, o czym teraz myślicie.
Ale po kolei.
Dopadł mnie kryzys wieku średniego. Najwyraźniej.

Postanowiłem się odchudzać!

No co, każdemu może odpierdolić w pewnym wieku, uznałem, że skoro innym może, to mi też.
Nigdy nie miałem podobnych problemów, jednak ostatnio zdrowo przegiąłem ze słodyczami, czekoladą w szczególności.
Pomyślałem sobie, poważna sprawa, należy podejść do tematu metodycznie. Spokojnie wszystko przemyśleć, zaplanować, przygotować marszrutę.

Na początek warto by sprawdzić z jakim przeciwnikiem mam do czynienia. Odnalazłem kalkulator BMI. Wpisałem dane iiiii - ja pierdole!!! Powinienem być już trupem! Przy moim wzroście i wadze, zawał to coś, co w zasadzie już mi się przytrafiło. Tylko jeszcze o tym nie wiem. Uprzejmy kalkulator zaatakował mnie opisami setki choróbsk, których (dzięki sadłu) jestem posiadaczem. A na koniec zaproponował cud dietkę, za jedyne 4zł+vat. Oczywiście z osobistym dietetykiem i lekarzem wliczonymi w cenie. Nieee... taki głupi to ja nie jestem, pomyślałem, dietkę znajdę sobie za darmo w sieci. Owo 4zł+vat choć niewielkie, skutecznie mnie zniechęciło do dalszego przeglądania zasobów, oferowanych przez uczynny kalkulator.

OK, skoro wiem z czym walczę, pora przystąpić do poszukiwania pomocy. Bo jak zdążyłem się zorientować, walka będzie ciężka, długa, pełna potu i krwi.
Jaką by tu dietę wybrać? To dopiero problem. Może ananasową, albo grejpfrutową, albo będę żreć zieloną koniczynę, czy inne jakieś tam kiełki? Kurwa, przecież mam się odchudzać a nie żreć trawę! Przeglądałem kolejne wyniki podsuwane przez wyszukiwarkę z coraz mniejszym entuzjazmem. Tą drogą nie dojdę nigdzie. Trzeba wziąć problem "na chłopski rozum". Inaczej zwariuję, albo zacznę kiełki wpierdalać, co w sumie na jedno wychodzi.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Moim głównym problemem były słodycze. Więc od dziś, zero słodyczy. Rezygnuję ze wszystkiego co słodkie, łącznie z cukrem. Herbaty już dawno nie słodzę, kawę w minimalnych ilościach. To jednak może okazać się za mało, by uzyskać jakieś wymierne wyniki. Tak więc ograniczę jedzenie. Wszystkie porcje wchłaniane na śniadanie, drugie śniadanie, obiad i kolację zmniejszę (na początek) o połowę.

Do tego intensywny trening 2x w tygodniu + ćwiczenia w domu. Powinno wystarczyć.

Po co wymyślne cud diety? Po co zmiana zwyczajów, katowanie się wymyślnymi potrawami, których nawet koń by nie chciał spróbować? Czy nie prościej zrobić to co ja zrobiłem? Wprowadzić prostą zasadę.

Żet-eM, nie... nie z francuska, nie mówimy o uczuciach wyższych. Mowa tu o kilogramach sadła, którego chcę się pozbyć, przy pomocy metody własnej o tej nazwie.

Metodzie "Ż - M" lub żeby było piękniej "Żet-eM", po naszemu:

ŻREĆ MNIEJ !

Metodę stosuję (całkiem skutecznie) od poniedziałku. I co? I nic. Nic niezwykłego mi się nie przytrafiło. Poz tym, że pasek przy spodniach zapinam o jedną dziurkę mniej. Nie rozumiem. Ludzie wypisują jakie to straszne wyrzeczenia z odchudzaniem, ile to trzeba się nacierpieć, ile pokus, o jedzeniu ciągle się myśli i takie tam bzdety. Ludzie, jakie wyrzeczenia? Gdzie te pokusy? Ja ciągle myślę o ruchanku! Nie o jedzeniu. Czyli w sumie, wszystko po staremu. Gdzie ten znój, pot, krew i łzy?

Jakieś to odchudzanie przereklamowane jest...

08:26, krzysiekzsympatii
Link Komentarze (17) »